Długie popołudnia

To były długie popołudnia, kiedy opuszczała mnie poezja.
Cierpliwie płynęła rzeka, pchając do morza leniwe barki.
To były długie popołudnia, wybrzeże kości słoniowej.
Cienie leżały w ulicach, wystawy były pełne dumnych manekinów,
patrzących mi w oczy zaczepnie, śmiało.

Z liceów wychodzili profesorowie i mieli puste twarze,
tak jakby Homer pokonał ich, upokorzył, zabił.
Gazety wieczorne przynosiły niepokojące wiadomości,
ale nic się nie zmieniało, nikt nie przyśpieszał kroku.
W oknach nie było nikogo, nie było ciebie,
i nawet zakonnice zdawały się wstydzić życia.

To były długie popołudnia, kiedy znikała poezja
i zostawałem sam z nieprzejrzystym molochem miasta
jak ubogi podróżny, stojący przed Gare du Nord
ze zbyt ciężką, przewiązaną sznurem walizką,
na którą pada czarny deszcz, czarny deszcz września.

O, powiedz, jak uleczyć się z ironii, ze spojrzenia,
które widzi, ale nie przenika; powiedz, jak uleczyć się
z milczenia.

© Adam Zagajewski
Aus: Pragnienie
Kraków: Wydawnictwo a5, 2000
Audioproduktion: 2006, Literaturwerkstatt Berlin

DIE LANGEN NACHMITTAGE

Das waren lange Nachmittage, an denen mich die Poesie verließ.
Der Fluß floß geduldig, schob träge Barken ins Meer.
Das waren lange Nachmittage, eine Elfenbeinküste.
In den Straßen lagen Schatten, die Schaufenster waren voll von stolzen
Mannequins,
die mir angriffslustig, dreist in die Augen blickten.

Aus den Lyzeen kamen die Professoren und hatten leere Gesichter,
als hätte Homer sie besiegt, gedemütigt, umgebracht.
Die Abendzeitungen brachten beunruhigende Nachrichten,
doch es veränderte sich nichts, niemand beschleunigte den Schritt.
In den Fenstern gab’s niemanden, es gab nicht dich,
sogar die Nonnen schienen sich des Lebens zu schämen.

Das waren lange Nachmittage, wenn die Poesie verschwand
und ich allein blieb mit dem undurchsichtigen Moloch der Stadt
wie ein armer Reisender, der vor der Gare du Nord steht,
den schweren, mit einer Schnur umbundenen Koffer in der Hand,
auf den schwarzer Regen fällt, schwarzer Septemberregen.

O, sage, wie heilt man sich von der Ironie, vom Blick,
der sieht, aber nicht durchdringt; sage, wie heilt man sich
vom Schweigen.

Aus dem Polnischen von Karl Dedecius
Aus: Die Wiesen von Burgund, München: Hanser, 2003.