Siostry miłosierdzia

To było dzieciństwo, które już nie wróci -
jeżyny tak czarne, że noc była zazdrosna o nie;
nad wąską rzeką stały topole smukłe
jak siostry miłosierdzia i nie bały się obcych.
Widziałem z balkonu krótką ulicę i dwa drzewa,
ale mogłem też być cesarzem i słuchać w upojeniu
jak huczą nieprzebrane dywizje moich wojsk
i furkocą na wietrze chorągwie zdobyte na Turkach.

Lubiłem smak trawy roztartej w zębach,
gorzkie liście klonu i kwaśną słodycz
pierwszej czerwcowej truskawki w ustach.
W niedzielę rano mama parzyła prawdziwą kawę
a w kościele stary ksiądz wzywał do pokory.
Na widok biedaków ściskało mi się serce.
Żółte i niebieskie kraje mieszkały w atlasie;
duże państwa połykały małe, lecz na znaczkach

widziało się tylko nieruchome orły, zebry,
żyrafy i małe sikorki o nieopisanym wdzięku.
Na zakurzonych półkach w ciemnym sklepiku
piętrzyły się słoje pełne lepkich cukierków,
z których potem wylęgały się szkarłatne motyle.
Byłem harcerzem i poznałem samotność
w lesie, kiedy zapada zmierzch, płacze puszczyk
i niepokojąco trzeszczą konary dębów.

Czytałem opowieści o rycerzach, rosyjskie bajki
i nie kończącą się trylogię Henryka Sienkiewicza.
Ojciec zbudował dla mnie miniaturowy młynek,
który obracał się szybko w górskim strumyku.
Mój rower przeganiał zdyszaną lokomotywę,
w sierpniu upał topił szare miasto jak lody.
Jeżyny tak czarne... Gorzkie liście klonu...
To było dzieciństwo, krew i święto.

© Adam Zagajewski
Aus: Pragnienie
Kraków: Wydawnictwo a5, 2000
Audioproduktion: 2006, Literaturwerkstatt Berlin

BARMHERZIGE SCHWESTERN

Für Vater
Es war eine Kindheit, die nicht mehr wiederkehrt –
die Brombeeren so schwarz, daß sie die Nacht beneidet hat;
am schmalen Fluß standen schlanke Pappeln
wie Barmherzige Schwestern und fürchteten sich nicht vor den Fremden.
Vom Balkon sah ich die kurze Straße und zwei Bäume,
aber ich konnte auch Kaiser sein und mich berauschen
am Getöse der endlosen Divisionen meines Heeres
und am Flattern der erbeuteten türkischen Fahnen im Winde.

Ich mochte den Geschmack des Grases, zwischen den Zähnen zerrieben,
die bitteren Ahornblätter und die saure Süße
der ersten Junierdbeere im Munde.
Sonntagmorgen kochte Mama einen richtigen Kaffee
und in der Kirche rief der Pfarrer zu Demut auf.
Beim Anblick der Armen krampfte sich mein Herz zusammen.
Gelbe und blaue Länder wohnten in den Atlanten;
große Staaten schluckten kleine, aber auf den Briefmarken

sah man nur unbewegliche Adler, Zebras,
Giraffen und kleine Meisen von unbeschreiblicher Anmut.
In den verstaubten Regalen des dunklen Lädchens
türmten sich Gläser voll klebriger Bonbons,
aus denen später karmesinrote Schmetterlinge schlüpften.
Ich war Pfadfinder und lernte die Einsamkeit kennen
im Walde, wenn die Dunkelheit hereinbricht, wenn die Nachteule weint
und die Eichenstämme beunruhigend knarren.

Ich las Geschichten von Rittern, russische Märchen
und die endlose Trilogie von Henryk Sienkiewicz.
Vater baute für mich eine Miniaturmühle,
die sich schnell drehte im Gebirgsbach.
Mein Fahrrad überholte die keuchende Lokomotive,
im August schmolz die graue Stadt in der Hitze wie Eis.
Die Brombeeren so schwarz ... die bitteren Ahornblätter ...
Es war eine Kindheit, Blut und Fest.

Aus dem Polnischen von Karl Dedecius
Aus: Die Wiesen von Burgund, München: Hanser, 2003.